Czy zamówienia publiczne faktycznie przeznaczone są dla dużych graczy?

By in
112
Czy zamówienia publiczne faktycznie przeznaczone są dla dużych graczy?

Nie. Nie są. I w sumie mogłabym już nic więcej nie pisać.

Ale jeśli jesteś mikroprzedsiębiorca, to mam taki cel, aby przekonać Cię, że na rynku zamówień publicznych znajdzie się również miejsce dla Ciebie.

Co więcej, w przypadku niektórych zamówień, bycie “mniejszym graczem” będzie Twoją zdecydowaną przewagą. Tak, dobrze czytasz – będzie to Twoją PRZEWAGĄ!

I mówię to nie tylko z punktu widzenia doradcy biznesowego, ale również z własnego doświadczenia “dużego gracza”. Choć oczywiście, jak to z pojęciem “duży” bywa, dla każdego znaczy coś innego, a już szczególnie jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn (śmiech).

Patrząc jednak na wielkości mojej firmy (a wiedz, że łapię się na definicję mikroprzedsiębiorstwa), branżę oraz wielkość pozyskiwanych zleceń, uważam się za “dużego gracza”. Bo niby taki mały pionek ze mnie i setek milionów na rok nie zarabiam, ale “zwykłe” miliony już tak. A to niewielu mikroprzedsiębiorcom udaje się osiągnąć. Szczególnie jeśli podobnie jak ja, działają w usługach. Do tego nie zwykłam umniejszać swoim osiągnięciam, bo byłaby to jedynie oznaka braku szacunku do siebie i pracy jaką przez te wszystkie lata wykonałam.

Prowadzę firmę, a dokładniej spółkę, w której zajmujemy się szkoleniami i doradztwem. Nie ma dla nas znaczenia zakres tematyczny szkoleń, ponieważ od samego początku przyjęłam w swojej spółce model biznesowy oparty o dystrybucję, tzn. ja pozyskuję zamówienia publiczne i zlecam ich realizację podwykonawcom. W zależności od wielkości zlecenia, zatrudniam rocznie nawet do 30 trenerów i doradców.

Zajmuję się pozyskiwaniem wyłącznie “dużych” zlecenia, co oznacza zamówienia o wartości minimum kilkuset tysięcy złotych.

Ponieważ z niektórymi trenerami i doradcami zdarza mi się pracować nawet po kilka lat, za każdym razem, gdy zbliża się termin zakończenia naszej współpracy, staram się pozyskać dla nich nowe zamówienie (tak, ostatnio zauważyłam, że faktycznie robię to bardziej dla nich niż dla siebie, bo świetnie mi się z nimi współpracuje).

I tutaj właśnie do jakiegoś czasu pojawia się problem. Bo duże zlecenia nie zdarzają się często. Za to mniejsze – cały czas.

Tyle, że jeśli to ja złożę ofertę w takim mniejszym postępowaniu, to muszę w ostatecznej cenie oferty uwzględnić m.in. koszt trenera, opracowanie, złożenie i wydruk materiałów, koszt przygotowania oferty, koszty pracowników zajmujących się organizacją wydarzenia, koszty biura, ryzyko związane z realizacją zamówienia (bo to ja jestem głównym wykonawcą, a trener podwykonawcą, więc jeśli on spartoli swoje zadanie, to ostatecznie obrywam ja i to ja ponoszę wszystkie tego konsekwencje, łącznie z karami umownymi) plus oczywiście marżę. Jak pewnie sam widzisz, robi się z tego niezła sumka.

Tymczasem, gdyby to trener sam złożył ofertę w takim mniejszym zamówieniu, to zakładam, że odpada koszt przygotowania materiałów, bo pewnie takowe ma. Nie zakłada też, że coś spartoli i z tego tytułu będzie musiał zapłacić kary. Nie ma również kosztów pracowników i prowadzenie biura, a dodatkowo nie dolicza marży, bo po prostu wycenia swoją pracę.

Te dwie oferty: moja, jako spółki i trenera są nieporównywalne! I bez dwóch zdań, to on zdobędzie dane zamówienie, bo jego oferta jest po prostu bardziej konkurencyjna!

To jak? Dalej stoisz na stanowisku, że zamówienia publiczne są wyłącznie dla dużych graczy?

54321
(0 votes. Average 0 of 5)
Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *